Pamiętam, jak jeszcze kilka lat temu przesiadka na streaming była dla audiofila czymś w rodzaju zdrady. Bo jak to – rezygnować z fizycznych nośników na rzecz „plików z internetu”? A potem pojawił się pierwszy streamer, który mnie przekonał – prosty, ale uczciwy. Od tamtej pory testowałem już kilkanaście różnych urządzeń, od budżetowych po hi-endowe cacka za cenę używanego samochodu. Wiim Ultra to najnowszy model od marki, która przebojem weszła na rynek – i muszę przyznać: ten sprzęt robi wrażenie. Ale po kolei.
Dla kogo jest Wiim Ultra?
Jeśli jesteś osobą, która chce słuchać muzyki w wysokiej jakości, ale nie planuje wydawać 10 tysięcy na odtwarzacz plików – to prawdopodobnie Twój moment. Wiim Ultra celuje w ten sam segment, co Bluesound Node X, ale robi to inaczej. Bardziej precyzyjnie, nowocześnie i – moim zdaniem – odważniej.
Pierwsze wrażenie – wygląd i wykonanie
Kiedy wyciągnąłem Wiim Ultra z pudełka, pomyślałem jedno: w końcu coś, co nie wygląda jak dekoder. Obudowa z aluminium, precyzyjnie wycięta, minimalistyczny front z ekranem dotykowym – to sprzęt, który możesz postawić obok wzmacniacza bez poczucia estetycznego wstydu. Detale? Gniazdo słuchawkowe z przodu, przyciski fizyczne do szybkiej obsługi i ogromne pokrętło głośności z podświetleniem. Małe rzeczy, które pokazują, że ktoś tu myślał.
Jak gra Wiim Ultra? Czyli to, co naprawdę się liczy
Podpiąłem Ultra do mojego wzmacniacza Roksan K3 i kolumn Monitor Audio Silver 300. Pliki? Qobuz i Tidal – oczywiście w jakości Hi-Res. I od razu – zaskoczenie. Dźwięk jest czysty, przestrzenny, z dobrym podziałem planów. Nie ma tej „cyfrowości”, którą często słychać w streamerach z niższej półki.
Bas? Kontrolowany, szybki, bez przerysowania. Wokal? Blisko, naturalnie. Góra pasma? Klarowna, ale nie jazgotliwa. Szczególnie dobrze wypadła Diana Krall – „The Look of Love” zabrzmiało intymnie, jakby artystka siedziała dwa metry przede mną.
Porównując z droższymi urządzeniami, jak np. Cambridge Audio CXN V2 – różnice są, ale subtelne. Jeśli nie masz systemu za 30 tys. zł, możesz ich nawet nie zauważyć.
Co pod maską?
Technicznie Wiim Ultra wypada imponująco:
- DAC ESS Sabre ES9038Q2M (ten sam, co w streamerach o klasę wyżej),
- Obsługa 24bit/192kHz i DSD,
- Bluetooth 5.3 z aptX HD,
- Pełna integracja z Roon, Tidal Connect, Spotify Connect, Chromecast i AirPlay 2.
Ale najważniejsze? Aplikacja Wiim Home – stabilna, szybka, z możliwością zarządzania multiroomem i korekcją EQ. Wreszcie ktoś zrobił aplikację, której nie chce się od razu odinstalować.
Co mnie zaskoczyło – i co mogłoby być lepsze?
Zaskoczyła mnie jakość słuchawkowego wyjścia – nie spodziewałem się, że będzie aż tak dobre. Testowałem z Sennheiserami HD600 i Beyerdynamic DT 990 – i nie miałem potrzeby podpinać zewnętrznego wzmacniacza.
Co do minusów – przy bardzo dynamicznych nagraniach (np. klasyka Mahlera) czasem czuć lekki niedosyt rozdzielczości. Ale mówimy o streamerze za niecałe 2000 zł – nie można oczekiwać cudów. Brakuje też wyjścia HDMI ARC – coś, co Bluesound już ma.
Czy warto?
Jeśli ktoś mnie dziś zapyta: „mam do wydania 1700–2000 zł na streamer, co kupić?”, odpowiem bez wahania: Wiim Ultra. To urządzenie, które może być zarówno sercem poważnego systemu audio, jak i eleganckim dodatkiem do salonowego zestawu. Nie wygląda jak tani gadżet, nie gra jak tani gadżet – i nie kosztuje jak sprzęt dla milionerów.
Wiim Ultra to przykład na to, że można zrobić coś nowoczesnego, funkcjonalnego i grającego z klasą – bez windowania ceny w kosmos. To streamer, który zadowoli zarówno świadomego melomana, jak i osobę, która po prostu chce dobrze grającego sprzętu bez grzebania w kablach i ustawieniach.
A Ty? Czego szukasz w streamerze – emocji, wygody, czy technologicznej perfekcji? Bo być może Wiim Ultra ma tego więcej, niż się spodziewasz.